Ludwik Wolta

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Instagram

Bajka o Gopniku

 

Bajka o GopnikuByła szósta rano. Pastwisko jak umarłe. A ja znów wracałem ześcierwiony.

Dumałem w jaki sposób trafiłem w to odludzie. Wyciągając z kieszeni swoją wysłużoną żarkę, tak mną telepnęło, że wypadła mi z rąk. Przeczesałem palcami chyba cały hektar. Wtedy zacząłem sobie przypominać…

Mój druh Michaszek zaprosił mnie na popijawę do garażu. Miało być kulturalnie, bo na następny dzień do pracy. I wszystko było dobrze, dopóki nie zjawił się Mawrikij. Nikt go tam nie znał – to był jakiś ziomek ziomka ziomka. I on przyniósł ze sobą tę dziwną butelkę. Mówił, że pędził bimber na dimetylonie i gdy testował to już po kilku łykach wbiło go w bełyj mosznost. Gdy ekipa już się trochę napiła, cały garaż nawiedził srogi demon-bania. Wszyscy zaczęli odprawiać jakieś niepokojące dymy, a na mnie podziałało tak, że trząsłem się z zimna przez kilka godzin. Gdy mi przeszło od razu opuściłem imprezę i ruszyłem z buta, żeby zdążyć na termin do stolarza Pawłowa.

Byłem tak pogrążony w myślach, że nawet nie zauważyłem kiedy wlazłem w elektrycznego pastucha. Pokopało mnie, gwałtownie odskoczyłem i zaryłem w pasące się na polu krówsko. Siła uderzeniowa zabełtała we mnie resztkę Jarzeniówki i wjechałem na pełnej kurwie w nieznane sobie wcześniej rejony świadomości. Niebo i ziemia zmieniły się w okrutnie wyziębione mięsa, a dobiegający z dala dźwięk ptasich tryli przypominał szczękanie sztućców na przepełnionej stołówce. Co najgorsze, leżąc w trawie byłem zbyt przygnieciony całą rzeczywistością, aby się poruszyć.

Leżałem tak z godzinę i pewnie zamarzłbym samotnie, gdyby nie natrafił na mnie pochód babuszek w żałobie. Pomyślałem, że wracały z marów, bo, wedle mojej wiedzy jakiś młodzian z pobliskiej swałoczówki odwalił kitę w piątek i jego rodzina urządziła nocne czuwanie. Babuchy próbowały mnie ocucić, ja jednak nie reagowałem. Po chwili wzięły mnie na ramiona i z trudem doniosły pod las, do najbliższej chałupy. Gospodarz, straszny rezun, wziął mnie na ręce, wniósł do izby i rzucił na wersalkę. Słyszałem jak przez mgłę, że baby naradzają się co ze mną zrobić. Widać było, że się nie urżnąłem i że co innego mi dolega. Chciałem krzyknąć, że to przez ten cholerny dimetylon, ale nie mogłem nawet poruszyć ustami. W końcu najstarsza z nich, stara szeptucha z Nefrońska, stwierdziła, że trzeba przegonić ze mnie trut, bo pewnie przeszedł na mnie z jakiegoś świeżego nieboszczyka. Szto jest, pomyślałem i targnęła mną wściekłość, że powinienem być już na stolarce, a z własnej głupoty dałem się skusić na tę Jarzeniówkę i przez to wylądowałem na egzorcyzmach u jakichś nawiedzonych matrioszek.

Ale co mogłem! – baby zdarły ze mnie dres i zaczęły smarować klatę jakimiś różanymi maściami i olejkami, szepcząc tajemnicze zaklęcia przekazane im przez prababcie. Elektrony, elektrony z diablej strony, mamrotały, ale nie pomagało, a ja sztywniałem coraz bardziej. Gospodarz zapytał czy nie przynieść oleju pobłogosławionego przez ojczulka z pobliskiej cerkwi, a wtedy ta stara tak syknęła na niego, że skulił się w sobie, mimo że naprawdę wielkie chłopisko. Charknąłem jak knur na świniobiciu i poczułem, że umieram. Wydawało mi się, że Jarzeniówka poprzepalała mi wszystkie styki w mózgownicy i zaraz już będę bujał się po rewirach Boga Ojca. Ogarnął mnie wielki strach i już zacząłem żegnać się z życiem, kiedy stara jędza nachyliła mi się do ucha i wyszeptała:

– Odratujemy cię, ale musisz obiecać, że będziesz nam posługiwał dopóki nie puścimy cię wolno. Jeżeli uciekniesz, Kusy będzie nawiedzał cię co noc, bo taki układ właśnie zawarłyśmy z duchami.

Byłem tak zestrachany, że czym prędzej się zgodziłem. I wtedy ona narzuciła na mnie jakiś wykrochmalony obrus, wyjęczała jeszcze kilka diabelskich gadek i zdarła ze mnie płachtę jak  magik z Cyrku Jekaterynburskiego. Wraz z płachtą, cała zwała zniknęła, a ja czułem się jak nowo narodzony.

Służyłem babuszkom przez następny rok. Do moich obowiązków należały: obsługa starego samowara, wyprowadzanie psów, rozwieszanie prania, podawanie do stołu i opieka nad kotami. Najstarsza dawała mi szczególne polecenia – kazała masować swe zwiotczałe ciało olejkiem eterycznym. Nie docierało do niej, że nie znam się na tym. Kazała się nauczyć, i… rzeczywiście, metodą prób i błędów dopomogłem jej trochę z reumatyzmem. Nie powiem, było ciężko. Bez fajrantu. Tylko praca, tylko rozkazy bab w moherowych swetrach.

Pierwszego dnia Wielkanocy zostałem zwolniony. W nagrodę za służbę otrzymałem nową żarkę. Była naprawdę cudowna – srebrna, z wygrawerowanymi w srebrze trzema paskami. Oczywiście – na naftę.  Nie da się ukryć, że cała ekipa mocno mi tej żarki zazdrości i muszę uważać, bo niejeden koleżka tylko czeka, by mi ją podpierdolić.

Udostępnij tekst:
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+