Ludwik Wolta

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Instagram

Obłóczyny

Teraz opowiem historię o głupocie starego Teodora, która doprowadziła do zbawienia mojego ciała. Już teraz, w tym świecie.

Doskonale pamiętam co się wtedy działo, a jak straszne są to wspomnienia! – każdy upokarzający dzień, i takie właśnie postawiono przede mną zadanie, by łapać ich szczątki i układać je w prawdziwą historię rozkoszy!

Byliśmy zwykłą, rybacką rodziną, ale nazywanie mnie „córką rybaka” jest mi nienawistne. Przeżuwałam razem z ojcem ten ciężki znój, ale moje korzenie nie wzbudzają we mnie dumy, jedynie wstręt. Cierpienie i ciężary o tyle są cokolwiek warte, o ile odpowiednio wpisują się w naszą historię tworząc kontrasty konieczne dla  pełniejszego smakowania wzlotów duszy, a wstrętne korzenie – o tyle tylko, by móc pełniej pojąć oczyszczającą radość ich przecięcia.

U samego zarania moje życie naznaczyły dwie tragedie. W mym wczesnym dziecięctwie matka zmarła na płuca. Ojciec chciał, by została pogrzebana przy domu; wierzył, że jej duch będzie nam towarzyszył i roztoczy opiekę nad naszym skromnym dobytkiem. Przez wiele lat chodziliśmy na tę mogiłę, gdzie wysłuchiwałam meldunków starego Teodora na temat wszystkich spraw, kłopotów i drobnych radości.

Drugim nieszczęściem była ślepota ojca. Jego wzrok słabł i słabł, z każdym kolejnym rokiem ojca pochłaniały coraz głębsze ciemności. W czasie, gdy zaczęła się moja wędrówka, w ogóle nie mógł się już poruszać bez obstukiwania swych ścieżek długą, cienką laską. Musieliśmy sprzedać łódź, a podstarzały Teodor zaczął łowić z brzegu; siedział całymi dniami na przygotowanym przeze mnie stanowisku. Byśmy mogli żyć, musiał łowić od samego świtu. Wracał późno; często ze snu wybudzał mnie drewniany stukot jego laski.

Mimo, że mieszkaliśmy razem i pracowaliśmy razem, istnieliśmy osobno, a ja miałam wrażenie, że niczego
o mnie nie wie, choć tak naprawdę niewiele ciekawej wiedzy o mnie było w tamtych czasach do zdobycia – całe dziecięctwo tonęło bowiem w szarudze, smrodzie potu ojca i patroszonych przez niego ryb. Przeklnijmy głośno tę breję wczesnych przeżyć:

Z konieczności jednak musimy wyjawić ich łańcuch, począwszy od jednego z dni targowych, gdy wyprawiłam się do wsi, godzinę drogi od domu. Miałam za zadanie sprzedać kilka świeżych karpi i zrobić sprawunki. Tamtejszy handlarzy zapytał czy zamierzam przyjść na tańce. Chyba byłam od jakiegoś czasu znużona i „tańce” nieśmiało zamigotały w mojej wyobraźni obietnicą jakiejś nieznanej podniety. Przez całą drogę powrotną towarzyszył mi niepokój, gdyż nie wiedziałam co ojciec na to powie. Równocześnie myślałam nad jakąś kreacją, bo sama nie posiadałam niczego co mogłoby się nadać na taką zabawę. Tchórzliwie odwlekając pytanie ojca o zgodę, zaczęłam myszkować po chałupie. Z poskładanych w kufrze ubrań mej matki wyciągnęłam zieloną sukienczynę. Miałam większe piersi od niej, więc od pasa w górę była na mnie zbyt obcisła i, gdyby ojciec spełnił moją prośbę, musiałabym ją trochę poszerzyć. W roztargnieniu poszłam w tym stroju na ganek, gdzie stary odpoczywał paląc tytoń. Zestrachana poprosiłam o zgodę na wyjście. Stary Teodor milczał przyglądając mi się uważnie. Dziwne było to spojrzenie: – badawcze i ślepe zarazem. Przy swoim kalectwie mógł zobaczyć mnie jako mętną, zieloną bryłę. Jego twarz, zazwyczaj spokojna, przybrała wyraz, który mogłabym porównać do jakiegoś tajemniczego olśnienia. Po raz pierwszy zetknął się z taką prośbą z mojej strony; a miałam już szesnaście lat i byłam gotową do założenia rodziny kobietą. Wydało mi się, że on dopiero teraz to dostrzegł. Co zabawne, ja również dopiero wtedy tak o sobie pomyślałam. Byłam pewna, że towarzyszyły nam w tamtej chwili te same myśli. Może przez mgłę zobaczył moją, uwydatnioną przez ciasną sukienkę figurę, która nie była już figurą bezpłciowej córki; zobaczył ten zielony, dorosły łuk mej talii i wystraszył się go jak samego diabła. Mogłam już być pożądaną, mogłam zostać uprowadzoną przez mężczyznę, mogłam zostać wykorzystana lub zrobić ze swego ciała niewłaściwy użytek… w końcu: ja istniałam! Teodor chyba nie mógł się z takim istnieniem pogodzić. Nie potrafił mi odmówić, ale nie mógł też powstrzymać się przed wylaniem całego morza bzdur, jakie tylko mogły zrodzić się w przestraszonym upływem czasu starczym sercu. Radził mi:

– Gdy będziesz wracać, pewno będzie już ciemno. Pamiętaj, aby jakiś chłopiec odprowadził cię tutaj. Może będzie czegoś chciał w zamian. Więc ty pójdziesz z nim, a gdy już znajdziecie się przy domu, powiesz, że musisz iść, bo ojciec na ciebie czeka. Wcześniej nic nie mów, bo nawet się nie pofatyguje z tobą przez las! Ja pozostawię świece. Jeśli będzie próbował czegoś… z tobą po drodze… powiedz, że w domu, nie w lesie! Rozumiesz? – pokiwałam głową, choć wtedy zrozumiałam tylko początek tej rady. Nie dopytywałam; ojciec nie lubił się powtarzać. Najmocniej pamiętam jak jego ślepe oczy mówiły: „córka mnie zdradziła”.

Wróciłam do domu tuż przed północą. Oczywiście nie skorzystałam z porady ojca; wróciłam sama i skłamałam, że jeden z spotykanych na tańcach wiejskich chłopców towarzyszył mi aż do końca drogi, ale z niczym się nie narzucał. Staruszek jednak nie zdawał się  pochłonięty tą opowieścią. Chodził po domu, o nic nie dopytywał, niewiele mówił. Z początku pomyślałam, że jest po prostu naburmuszony, jak każdy, zdradzony przez wydoroślałe dzieci ojciec.

Czułam, że coś się zmieniło; te tańce, piersi i talia poprzestawiały Teodorowi w jego biednej, siwej głowie. Zazwyczaj, gdy wchodziłam do pokoju, a on był zajęty patroszeniem ryb albo naprawą spławików, nie zwracał uwagi na moją obecność. Od czasu mego powrotu z tańców,
w takich samych okolicznościach odwracał głowę w moim kierunku, a potem, jakby nie chcąc dać się przyłapać na tym odruchu, błyskawicznie powracał do pracy. Częściej pytał o moje zajęcia
i wyjścia. Musiałam tłumaczyć się z każdej wizyty w wychodku i z każdego spaceru po lesie. Wcześniej nie wścibiał nosa w moje sprawy i było mi z tym dobrze. Broniłam się; zaczęłam złośliwie, choć niewinnie kłamać, bez wyrzutów sumienia – niepotrzebnie mnie uciskał. Nigdy wcześniej tyle nie łgałam i nie miałam w tym wprawy. Dlatego też kilka razy mnie nakrył, przez co nieufne pytania mnożyły się i rosła jego podejrzliwość.

Zdarzyło się, że zaginęła gdzieś moja ulubiona ozdoba, którą posklejałam z czterech haczyków – wiele lat wcześniej połączyłam je w kształt czterołapowej kotwicy i zwieńczyłam kulistym, czerwonym spławikiem. Byłam do niej bardzo przywiązana i nie potrafiłam pogodzić się z jej utratą. Przetrząsałam pokój. Szurania i zgrzyt desek w moim pokoju niezdrowo ciekawiły ojca. Byłam wściekła i po raz pierwszy spytałam dlaczego mnie tak dręczy. Zamilknął po tym na kilka dni. Zaczął wcześniej wracać z połowów, jakby chciał mnie na czymś przyłapać. W końcu kazał mi sobie towarzyszyć w pracy. Nie miałam sumienia, aby mu odmówić, ani nawet głośno wątpić w jego prawdziwe intencje. W końcu był kaleką, pracował na nasze utrzymanie; nie chciałam zostać leniwą i rozpieszczoną niewdzięcznicą.

Nadeszły kolejne dziwne zachowania – pewnego dnia zauważyłam, że pisze jakiś list. Nigdy wcześniej nie widziałam ojca piszącego i zaciekawiło mnie, jak ktoś niemal zupełnie ślepy, może
równo stawiać litery. Zajrzałam przez jego ramię. Pomagał sobie tekturką, aby kolejne wersy nie nachodziły na siebie. Zdążyłam zauważyć, że wyrazy były  czytelne i że naszkicował piórem jakiś niewielki rysunek przypominający moją „czterołapową” ozdobę. Czy ten list miał dotyczyć właśnie mnie? Szybko spostrzegł się, że stoję tuż za nim i nieprzyjemnie fuknął zakrywając dłonią zapisany do połowy arkusz.

– Rozmazałeś sobie atrament – odburknęłam obrażona i wyszłam.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie obchodziły mnie te listy. Odkąd ojciec stał się kaleką, nie utrzymywał stosunków z nikim poza mną i matką nieboszczką. Chciałam wiedzieć co zostało napisane na kopercie, więc gdy udało mi się wymigać od siedzenia przy jeziorze, szperałam po domu w poszukiwaniu listów, których nie zdążył jeszcze wysłać. Ale ojciec strzegł ich jak oka w głowie. Najpewniej zabierał je ze sobą nad brzeg jeziora, a w domu, kto wie, być może trzymał je pod narzutą. Z powodu tych poszukiwań zdarzyło mi się wpaść w tarapaty. Pewnego razu przeziębiłam się (a może tylko udawałam, nie pamiętam) i zostałam w chacie. Szukając koperty musiałam być nieostrożna, gdyż ojciec urządził mi tamtego wieczora pełną wyrzutów awanturę. Pewnie nie dosunęłam odpowiednio jakiegoś przedmiotu na małym regaliku, a on rozpoznał to dotykiem. Wtedy zrozumiałam, że osiągnął już szczyty podejrzliwości, ciągle jeszcze dla mnie niezrozumiałej. Jako że sprawdzał ułożenie przedmiotów, obmacywał wszystkie kąty swej izby przed i po powrocie znad jeziora, doskonale zdawał sobie sprawę z mego wścibstwa. To jednak mówiło znacznie więcej – szaleńczo coś przede mną ukrywał! Choć z własnej głupoty przyczyniałam się do potęgowania tych nieznośnych nastrojów, dobrze pamiętałam, że wszystko zaczęło się od wiejskiej zabawy i zaginięcia haczykowej ozdoby.

Nazajutrz Teodor wezwał mnie i nakazał, bym poszła na targ sprzedać ryby, a później odwiedziła sklepik parafialny i zakupiła krzyż świętego Klemensa. Odparłam, że szkoda pieniędzy, że powinniśmy raczej kupić coś do jedzenia, bo kończą się warzywa. Jednak ojciec nie dał mi dokończyć i z chorym rozbawieniem i goryczą syknął:

– A jakże! Wolisz ogórki od krzyża, czarownico!? –  na dźwięk tych słów stanęłam jak wryta. Po raz pierwszy usłyszałam coś podobnego i zupełnie nie wiedziałam co robić. Najpierw się roześmiałam, a po chwili poczułam ciepłe łzy spływające po moich policzkach – jakby moje ciało samo nie wiedziało jak odpowiedzieć na tak przykre słowa i po długiej batalii łzy zwyciężyły nad złością. Przesiedziałam w pokoju cały dzień, ale zgryzotom było mało i wdarły się również w sen przemieniając go w koszmar, którego dziś już dokładnie nie pamiętam.

W burzliwe południe, ojciec przyszedł do mnie z krzyżem świętego Klemensa na piersiach (nie mam pojęcia jak go zdobył) i przeprosił za swój wybryk. Przeprosił! Było to u niego niespotykane! Nadal nie rozumiałam, dlaczego wtedy tak okrutnie się zachował i co to w ogóle miało znaczyć, ale chciałam jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Przez chwilę poczułam się jak dawniej, a nawet lepiej. Nie wiedziałam, że to tylko zwodnicze preludium.

Ojciec w końcu zapytał o tańce. Minęło sporo czasu, więc, gdy dopytywał o kolejne szczegóły, musiałam się długo namyślać. Gdy milkłam i marszczyłam czoło, próbując wykrzesać
z siebie jakieś wspomnienia, ojciec delikatnie się uśmiechał. Udając zakłopotanie pytałam o co mu chodzi, a on tylko kiwał głową, nie wiadomo czy poczciwie, czy cynicznie. Kiwał tak, jakby to co mówię potwierdzało jego ukryte przypuszczenia. Pytał zwłaszcza o chłopca – owoc mojej wyobraźni, który rzekomo miał odprowadzić mnie do domu. O dziwo, tutaj moje odpowiedzi były płynne i zgrabne. Być może „wspominając” go, opisywałam kogoś, kogo chciałabym spotkać!  Wyprostowanego, ale nieśmiałego. Siwiejącego,-!

– Taki młody i siwiał?

– Chyba cierpiał na coś – próbowałam wybrnąć.

Gdy zakończyłam opowieść, ojciec wspomniał swego starego  znajomego Paschalisa. Opisał go jako zdziwaczałego, ale przyjaznego znachora, trudniącego się zielarstwem i przyznał się, że wszystkie listy wysyłał właśnie do niego. Pragnął zaprosić go do nas i chciał, aby to była niespodzianka. Choć mogłoby się wydawać, że to niedorzeczne tłumaczenie tej całej tajemnicy, przyjęłam je wtedy z ufnością. Wizyta gościa, tak niecodziennego, w naszej samotni była wówczas prawdziwym świętem. Z niecierpliwością oczekiwałam tych odwiedzin. Wysprzątałam chatę, zrobiłam zakupy i przyrządziłam wieczerzę, na jaką pozwalała nasza spiżarnia.

Cieszyłam się na widok przekraczającego próg naszego domu, żylastego staruszka ze srebrnym zarostem. Miał na sobie poszarzały, płócienny strój – dokładnie tak wyobrażałam sobie znachora. Zdziwiło mnie jednak ojcowskie powitanie. Było niemrawe; nawet się nie uścisnęli.         Usiedliśmy przy stole. Paschalis dokładnie obwąchał rybę, którą mu podałam. Ze swojej podróżnej torby wyciągnął lnianą sakwę, potrząsnął nią i zaczął zachwalać niezwykłą odmianę suszu z roślin, które udało mu się niedawno wyhodować w swoim ogrodzie. Mówił o nim bardzo długo, przekonując z jak wielkim cudem zielarstwa mamy do czynienia. To gawędziarstwo wydało mi się urocze i zdradzało dużą wiedzę. Ojciec poprosił mnie, bym dorzuciła do pieca i zagotowała wodę. Paschalis nasypał ziół do wypełnionych wrzątkiem blaszanych kubeczków i izba wypełniła się nieznanym mi wcześniej, nieco cierpkim aromatem.

Przysłuchiwałam się uważnie rozmowie, w którą wdali się dwaj starsi mężczyźni. Popijałam napar, który wbrew zapewnieniom Paschalisa nie wydał mi się w smaku szczególny. Kilka łyków później, źle się poczułam: zakręciło mi się w głowie i przyszły mdłości. Paschalis w mig spostrzegł grymas na mej twrazy.

– Dziecko, zbladłoś… Czy wszystko w porządku? – zapytał.

– Mdli mnie – wydukałam przez zaciskające się szczęki.

– Oj, mam nadzieję, że zioła nie zaszkodziły? – spytał z zatroskaniem, w którym tkwiła jakaś nuta nieszczerości.

– Nie, na pewno nie – siliłam się na uprzejmości mimo swej niedyspozycji.

– Idź się położyć, córeczko.

– Pójdę. Dobrej nocy. – odparłam ostatkiem sił i udałam się do swej izby.

W ciemności bezwładnie osunęłam się na pryczę. Mdłości stały się nie do wytrzymania. Elektryzujące i nieprzyjemne ciepło ogarnęło moją pierś i nie miałam już żadnych wątpliwości, że winowajcą tego obrzydliwego stanu było to diabelstwo, które przyniósł staruch. Naprawdę się wystraszyłam gdy poczułam, że moje serce bije coraz wolniej i wolniej. Chciałam zawołać pomocy, ale byłam w stanie wydusić z siebie jedynie chrapliwy jęk, zbyt cichy, by można go było usłyszeć
z sąsiedniej izby. Wątłym ruchem sięgnęłam po małą, wypełnioną wodą, blaszaną miednicę służącą mi do porannej toalety i włożyłam palce do gardła. Udało się zwymiotować dopiero za nastym razem, jakby całe ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Nadtrawione warzywa pływały po wodzie
i wypełniały izbę kwaśnym odorem. Wiedziałam, że niedługo ojciec i Paschalis zaglądną tu, by upewnić się czy wszystko ze mną w porządku i nie chciałam, aby zastali mnie
w tak wstydliwych okolicznościach. Z obawy przed upokorzeniem, wsunęłam resztkami sił miednicę pod pryczę i wytarłam usta rękawem.

Po chwili usłyszałam pukanie i wtórujące mu pytanie ojca, czy już lepiej się czuję. Starałam się odpowiedzieć, ale nie potrafiłam wydusić z siebie ani słowa, ani nawet jęku, gdyż moje wargi jakby skamieniały, a szczęki zacisnęły się na dobre. Pukanie nie ustawało. Odkryłam, że nie tylko usta, ale wszystkie członki mego ciała pozostawały nieruchome. Wytężałam coraz bardziej
i bardziej swoją wolę., lecz nagły paraliż nie ustępował. Nawet wtedy nie było we mnie żadnych podejrzeń wobec Paschalisa, ani ojca. Leżąc nieruchomo z zamkniętymi oczami, z pewnością wyglądałam jak najzwyczajniej śpiący człowiek. Ale ja byłam świadoma i nie mogłam wykonać, choćby i najdrobniejszego, ruchu!

Nareszcie drzwi skrzypnęły i starcy weszli do pokoju. Bez ustanku siliłam się, by dać im do zrozumienia, że dzieje się coś złego.

– Śpisz? Wszystko dobrze? Śpisz?! – Paschalis stopniowo podnosił głos, aż zaczął wrzeszczeć waląc pięścią obok mego zagłówka. Ucieszyłam się. Byłam pewna, że jest już dla nich jasne, że potrzebuję pomocy. Staruch zgasił tę nadzieję słowami:

– W porządku. Podziałało.

Zamarłam; jak zimny kamień ogarnięty jeszcze zimniejszym przestrachem.

– Na pewno nic jej się nie stanie? – spytał ojciec.

– Nie. Wszystko będzie dobrze – odrzekł Paschalis.

– Róbmy co trzeba.

– Ja sobie to przemyślałem. Może Teodor to zrobi…

– Pisałem, że jestem ślepy jak kret!

– Tak, ale można wyczuć pod palcami, przecież taki wypalony znak można łatwo wymacać.
Cztery, krótkie kreski…jak w  kotwiczce.

Im bardziej nie rozumiałam, tym więcej strach wyżerał mi trzewia.

– Nie! Ja ufam Paschalisowi! Naprawdę… błagam… chcę żeby już było po wszystkim – nalegał ojciec, a jego głos był roztrzęsiony jak nigdy dotąd.

Sprzeczali się jeszcze przez chwilę. W końcu do mych uszu dobiegł jakiś podejrzany dźwięk. Minęło trochę czasu, zanim zrozumiałam, że to szelest miętoszonej tkaniny. Dobywał się
z bliska, jakby tuż spod mego podbródka. Po chwili, zupełnie przerażonej, zdało mi się, że jest to szelest koszuli, którą miałam na sobie. W mojej wyobraźni pojawił się obraz, na którym widnieje dwóch starych mężczyzn pochylonych nad rozebraną do połowy dziewczyną. Miała moją twarz
i moje ciało. Nadal nie wierzyłam! Przemknęła mi myśl, że będę musiała się  z tych urojeń wyspowiadać.

– Halka – powiedział Teodor zachęcająco, po czym doszedł do mnie kolejny szelest.. Pomysł, że to tylko moja fantazja przerodził się w podejrzenie, że śnię. Słyszałam kiedyś
o lunatykach, o ludziach śniących na jawie i trochę mnie te wariactw pociągały. Odmawiałam
w myślach modlitwy do Boga i prosiłam o wybudzenie. Wciąż jednak miałam wrażenie, że to rzeczywistość. Dwóch pochylonych nade mną oprawców nie dało się przebłagać tymi modlitwami.

– No nie wiem, nie wiem… – blagował Paschalis.

– Proszę! – wykrzyknął ojciec.

Ciszę przecinały odgłosy ślizgania się dwóch delikatnych materii. Moje ciało pozostawało niewrażliwe, choć wiedziałam, że dotykają mnie starcze dłonie, a spod ich skóry przebijają wątłoniebieskie, niemal świecące żyły. Nadeszła kolejna fala mdłości, silniejsza niż wcześniej.

– Nic nie ma – orzekł znachor.

– Paschalis mówił, że one stemplują się na piersiach i łonie – wyszeptał zniecierpliwiony ojciec.

– Nie będzie mnie chyba Teodor prosił…! – Paschalis udawał wahanie. Któryś z nich, pewnie ojciec, wykonał gwałtowny ruch i znów usłyszałam szelest. Chyba zdarli ze mnie wtedy całą bieliznę. Nie mogąc tego zobaczyć, śledziłam w pamięci wspomnienie mego ciała. Rodziły się wtedy w głowie straszliwe myśli; wylęgały się jedna po drugiej i zżerały nawzajem, niczym larwy
– kanibale.

– Nic tu nie ma. Pomyłka – tłumaczył się Paschalis bez cienia  winy w głosie.

– Ale  mówiłeś jeszcze, że to mogło być… – nacierał ojciec.

– Zastanawiałem się nad tym później i chyba trochę przesadziłem – odrzekł Paschalis.

– Jak to?

– Ten znak, co go pan znalazłeś, nie pasuje do kształtów dziewczyny…

.           – Sam żeś pan mi napisał, że młode dziewczęta nie znają się na tym. Miała pod ręką to, co miała i takie coś sobie mogła przecież zrobić! – krzyknął ojciec. Paschalis po raz kolejny zawahał się. – Chrystusie, przecież sam tak Paschalis pisał! Jeśli ona zabiła to dziecko? Ja muszę wiedzieć! Jeśli mnie  teraz Paschalis tak zostawi…

– To akurat sam pan możesz sprawdzić. Tu nie trzeba mieć dobrego oka – przerwał znachor.

– Ja tego nie zrobię! To jest moja córka! Ty jesteś medyk!

– No nie wiem, nie wiem… – plugawy staruch przedrzeźniał się, upajał się tym wszystkim; upajał się też najpewniej moim widokiem.

– Ona nie jest chora. Ona może… coś złego… coś złego tu może działać! Uciekłaby stąd
i nigdy nie wróciła, gdybym jej o to spytał!  Tylko tak możemy sprawdzić! – ojciec wyrzucał
z siebie kolejne zdania; przestawał nad sobą panować.

– Jak pan sobie chcesz.

Wtedy doszedł do mnie jeden, ledwo uchwytny dźwięk jakby ktoś mlaskał, i znów nastała cisza.

– Nie ma okaleczeń – stwierdził Paschalis.

– Mogła to tak zrobić, żeby nie było… – ojciec wciąż się miotał.

– Zawsze są rany. Te miejsca nie goją się tak szybko. Jest nietknięta.

– Nietknięta?! Bogu dzięki! – krzyknął ojciec, a następnie chyba upadł na kolana, bowiem jego modły dziękczynne dobiegały spod pryczy. Podłoga jeszcze przez chwilę trzeszczała pod jego kolanami. W końcu zapytał:

– Więc co to może być? Amulet?

– Niczego nie można wykluczyć. Niech Teodor uważa na swoje dziecko.

Ale mój ojciec nie miał już więcej okazji, by na mnie uważać. Po przebudzeniu byłam pewna, że to wszystko nie było jedynie nocną marą. Starzy parnoicy nie potrafili nawet założyć na mnie uprzednio ściągniętej bielizny w sposób właściwy. To był dowód.

Szybko wyczyściłam miednicę, by stary znachor nie domyślił się, że zdążyłam zwymiotować jego napar, nim całkiem zdołał mnie uśpić. Nie dałam po sobie niczego poznać, gdy z ukrywanym rozbawieniem wysłuchiwałem jego przeprosin.

Dlaczego z rozbawieniem? Bo dojrzała już we mnie decyzja.

Rankiem Paschalis tłumaczył mi, wciąż poruszonej wybrzmiewającym widziadłem, że pomylił swój susz z ziołem uśmierzającym bóle, a jeśli wypije się go zbyt wiele, rzuca człowieka
w senność. Ojciec wtórował wyjaśnieniom i łgał:

– Ja też ledwo przetrzymałem tę noc – a ja przytakiwałam temu z politowaniem.

Opuszczając nasz dom, dla dopełnienia komedii, Paschalis pozostawił „właściwe” zioła
w podarunku. Oczywiście, nie omieszkałam ich wypić.

Nim minęło południe porzuciłam ojca i udałam się w długą włóczęgę, która pozwoliła mi odkryć, że staruszek posiadał naprawdę dużą i dokładną wiedzę o orgiastycznych kultach młodych czarownic. Natchniona jego rozeznaniem, wkroczyłam na nową drogę – drogę pełną rozkoszy, nienawistną wszystkim sługom bojaźni bożej.

Udostępnij tekst:
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+