Ludwik Wolta

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Instagram

Opętany Sołtys

 

opętany sołtysCztery lata temu zostałem sołtysem w Kąkolówce – mojej rodzinnej wsi. Nie wprowadziło to istotnych zmian do trybu mojego dnia. Życie wsi było raczej leniwe i każdy zajmował się swoimi sprawami. Obowiązki sołeckie nie kolidowały z moim rolniczym grafikiem. Ot, zebrania rady i kilka krótkich rozmów tygodniowo. Nikt nie palił się do składania wniosków, nie było też wśród nas przesadnych społeczników. Życie toczyło się spokojnie.    

Wszystko uległo zmianie, gdy na gruntach wsi odkryto pokłady gazu ziemnego. Wtedy zaczęli do nas przyjeżdżać oficjele z ministerstwa energii. Oczywiście nie byłem w żadnym stopniu decydentem, ale na każdym spotkaniu musiałem być obecny. Ludzie z centrali pytali mnie jak poradzić sobie z grymasami Derdziuka – fornala, na którego ziemi miały powstać pierwsze odwierty. Derdziuk był oporny, żądał absurdalnych kwot, chciał by powstała rafineria jego imienia… bredził jak niespełna rozumu, ale nic dziwnego – mózg miał już tak przeorany wódką, że jego słowa nie miały żadnego większego sensu. Ale ziemia była jego i szlus!, mógł skutecznie opóźniać badania. Wyczułem wtedy wielką szansę dla siebie. Opór pieniacza i tak zostałby przezwyciężony tą czy inną metodą, ale ekspertom wynajętym przez ministerstwo zależało na czasie. Jeżeli uda mi się uciszyć pijaczynę, myślałem, pokażę wszystkim, że jestem coś wart, może zostanę umieszczony w raporcie jako jednostka, która wniosła swój niewielki wkład dla realizacji szlachetnej misji dywersyfikacji polskiej energetyki.

Najbliższego wieczora udałem się na rozmowę z Derdziukiem. Próbowałem go przekonać, powołując się na argument interesu narodowego. On, swoim zwyczajem, nie przyjmował do wiadomości niczego co nie było po jego myśli. Jego zapijaczone rojenia o rafinerii zupełnie zaciemniały mu ogląd sytuacji. Powiedziałem mu, Derdziuk, chłopie, jeżeli ty się nie zgodzisz, to przyślą tu kogoś ze służb, żeby cię uspokoił; dla nich sprzątnięcie kogoś z plebsu to jak splunąć. Wściekł się przez ten plebs i zaczął wyklinać mnie i działalność mojego sołectwa. Gdy patrzyłem na tę czerwoną, zniszczoną mordę, przypomniałem sobie słowa mojej świętej pamięci ojca. Staruszek nie cierpiał śmierdzących pijaków pasożytujących na reszcie wspólnoty, i gdy wychodziliśmy rano w pole, za każdym razem, mijając leżącego w rowie pijusa zadawał mi pytanie:

– Powiedz mi synku, po chuj to żyje?

No właśnie – co jest warte życie Derdziuka, który i tak wyciągnie kopyta w przeciągu kilku następnych miesięcy w porównaniu z rozwojem polskiego gazownictwa. Po chłodnej analizie, zabrałem ze stołu stary lichtarz i rozbiłem go na głowie pasożyta. Jucha trysnęła na ślubne monidło Pozbawiony przytomności chłop, zwalił się na podłogę jak wór kartofli.

Następnego tygodnia, zgodnie z moimi przewidywaniami, po wsi rozeszła się wieść, że w nocy przybyli abewiacy i ukatrupili starego Derdziuka. Podobno nawet ktoś widział czarną lancię przejeżdżającą wieczorem przez wieś. Niestety, nie mogłem głośno przypisać sobie tej zasługi, ale czułem, że mój staruszek byłby ze mnie dumny.

Tamtej nocy miałem sen, w którym postać w czerni wlewa mojemu psu Cezaremu benzynę do miski, gwiżdże, a biedne zwierzę na ten sygnał podbiega i zanurza w niej swój jęzor. Rano znalazłem czarne psie truchło. To był potężny cios, zwłaszcza dla mojej żony. Ja nie widziałem jednak żadnego związku tego incydentu z wydarzeniami ostatnich dni.

Później zaczęły się widzenia, zazwyczaj przed zaśnięciem, choć też i w stanie bezczynności, gdy nie zajmowałem niczym umysłu… w jednym z nich byłem na Syberii, gdzie na wiecznej zmarzlinie możni tego świata ogrzewali się przy wielkim ognisku do którego ich niewolnicy dorzucali węgiel i drzewo, skrapiając wszystko benzyną. Gdy skończył się opał, władcy tego świata zaczęli palić samymi niewolnikami. Radowali się przy tym ciepłem i wesoło śpiewali.

Najbliższy psychiatra przyjmował w Brzozowie. Od razu zapisałem się na wizytę, przerażony podejrzeniem, że zwyczajnie oszalałem po tamtym wieczorze u Derdziuka. Oczywiście nie mogłem się przyznać co naprawdę zaszło. Lekarz pytał, czy w mojej rodzinie zdarzały się przypadki psychoz. Nie, nigdy. Czy się wysypiam? Różnie z tym bywa, odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Umówiliśmy się na następny tydzień, a ja miałem przez ten czas zażywać leki tonizujące. Niewiele pomogły.

Kolejnej nocy poczułem zapach ulatniającego się gazu. Sprawdziłem kurki – wszystkie były zakręcone, więc zadzwoniłem na pogotowie gazowe. Przyjechali po dwóch godzinach i sprawdzili szczelność instalacji. Wszystko było w porządku. Psychiatra stwierdził, że to halucynacje węchowe i żebym je ignorował. Omamy czy nie, zaśnięcie w tym smrodzie było dla mnie niemożliwe, więc zacząłem sypiać w stodole. Pierwsza noc tam spędzona należała do najstraszliwszych. Moje ciało najpierw ogarnął przeraźliwy ziąb, a później poczułem, że w mojej głowie uruchamia się jakaś duchowa zapadnia. Wiedziałem, że zostałem potępiony, że całą wieczność spędzę w cierpieniu i żaden dobry duch nie wyciągnie w moją stronę pomocnej dłoni. Naraz pojawiło się przede mną widmo Derdziuka, które spetryfikowało mnie jednym spojrzeniem i zaczęło wlewać do mojej rozdziawionej gęby słony płyn z kanistra, tłumacząc, że przez wieki będę spożywał destylat wzgardy, którego sam sobie naważyłem.

Obowiązki sołtysa ucierpiały na moich mękach duchowych. Szybko podniosły się głosy, że coś jest ze mną nie tak i powinienem udać się na urlop, lub w ogóle zrezygnować ze stanowiska. Gazowa somnolencja uniemożliwiała mi prowadzenie jakiejkolwiek działalności, więc przystałem na urlop. Na jego czas przeprowadziłem się do córki, która doglądała  mnie i woziła na kolejne wizyty do Brzozowa. Moim mękom towarzyszył widok powstawania pierwszych odwiertów na dawnej ziemi Derdziuka, teraz – ziemi niczyjej.

Jako że kolejne widzenia wciąż nachodziły mnie, co więcej – były coraz potworniejsze i coraz większy ślad pozostawiały na mojej psychice, lekarz stwierdził iż mój przypadek przekracza jego kompetencje i przekierował mnie do znanego doktora psychiatrii, który urzędował w Przemyślu. Tamten szybko rozpoznał, że moje widziadła noszą znamiona udręki duchowej i obiecał, że spotka mnie z egzorcystą. Mój umysł znajdował się wtedy w tak wielkiej ruinie, że nie myśląc o wstydzie i o tym co powiedzą bliscy, prędko się zgodziłem.

W rozdarciu przekraczałem próg salki parafialnej, gdzie już czekał diakon, mający wstępnie wybadać naturę mojego cierpienia. Zapytał czy miałem do czynienia z magią, zamierzchłymi obrzędami okultystycznymi lub innego rodzaju bałwochwalstwem. Zaprzeczyłem. Może nie byłem może zbyt żarliwy w wierze, ale nie opuszczałem ważniejszych nabożeństw. Po kilku testach na podwójnie ślepej  próbie konsekrowanych hostii stwierdzono awersję do sacrum i wezwano certyfikowanego egzorcystę. Ksiądz pochodził z Drohiczyna, aktualnie prowadził objazdowe rekolekcje w diecezji przemyskiej. Powiedział, że na terenach odwiertów notuje się zaskakujący wzrost liczebności opętań, co trochę mnie uspokoiło. Wiedziałem, że mój przypadek nie jest szczególny i z ufnością powierzyłem się jego opiece. Poddany oficjalnym rytom, moje ciało popadło w drgawki, a usta wypluwały strużki benzyny, tak, że cała zakrystia została obryzgana czarnym płynem. Ksiądz nakazał obecnym wyniesienie wszystkich zapalniczek i kontynuował walkę o moją duszę. Popadałem wówczas w coraz cięższe stany paranoidalne i zaklinałem księdza, by nie rozpowszechniał wiedzy na mój temat, gdyż ktoś może wywęszyć we mnie interes, ministerstwo uzna mnie za mobilne źródło energii i będzie próbować udaremnić dalsze egzorcyzmy. Zostałem uspokojony, wszystko odbywało się w pełnej dyskrecji.

Drohiczyński kapłan jeszcze przez cztery dni walczył ze złym duchem. Zaniepokoiło mnie, że na przedostatnie ze spotkań jeden z uczestników wspólnoty przyszedł z pustym kanistrem. Uznałem to za naigrywanie się z mojego nieszczęścia. Najwyraźniej moje zdanie podzielał ksiądz, gdyż skarcił młodego mężczyznę surowym spojrzeniem. Ten jednak nic sobie z tego nie zrobiwszy, uzbierał kilka bryzgów, tłumacząc, że już od tygodnia na samych oparach jeździ. Dla wszystkich szokiem okazała się informacja, że jego samochód wybuchł w drodze do domu. Poczułem ogromne wyrzuty sumienia wobec jego żony i dzieci… stałem się pośrednią przyczyną śmierci jedynego żywiciela rodziny. Ksiądz jednak wziął moją stronę i pocieszył mnie słowami, że tego mężczyznę zgubiła własna chciwość. Nie zmieniało to faktu iż miałem na swoim koncie już dwa trupy, a Zły, wyczuwając iż jego bytność we mnie miała się ku końcowi, postanowił wykorzystać mnie do samego końca, by zasiać jak największe spustoszenie. Później okazało się, że złodziej benzyny był przemytnikiem i katem domowym, a jego odejście zostało przyjęte przez znękaną rodzinę niemalże z euforią. Przewrotność Boża, skwitował drohiczyński ksiądz.

Horror zakończył się po czwartym spotkaniu. Dzięki zabiegom wspólnoty, a zwłaszcza prowadzącego, doznałem cudownego uwolnienia. Po jednoznacznym nakazie księdza przyznałem się do straszliwej zbrodni jaka ciążyła na moim sumieniu. I wtedy z moich nozdrzy wyfrunęła  chmara much, i ułożyła się w aureolę nad moją głową. Z relacji dowiedziałem się, że zły demon, przyparty do muru przez egzorcystę wyjawił swoje prawdziwe imię. Był to Jamael, pomniejszy z diabłów, piekielny palacz i pożeracz metanoi.

Informacja o morderstwie nie wyszła poza salkę parafialną. Po niedługiej rekonwalescencji zostałem przywrócony na urząd i przeprowadziłem się z powrotem do swojego domu. Zapach gazu zniknął bezpowrotnie, a ja mogłem się cieszyć, iż przez ofiarę Derdziuka boski pęd infrastruktury  gazowej nawiedził naszą biedną wioskę, wiele ofiar transformacji znalazło pracę i nic już nie było takie jak kiedyś. W nocnych polaków rozmowach często wspomina się, że za mojego sołtysowania to się żyło.

Udostępnij tekst:
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+